Pneumatyka – historia sprężonego powietrza

Pneumatyka jako dziedzina inżynierii w większości dostępnych w internecie opracowań ma swoje początki w XVII w i rozpoczyna się od słynnego wynalazku Ottona von Guericke, niemieckiego fizyka i wynalazcy. Nie do końca jest to prawda.

Oczywiście jego odkrycie miało ogromny wpływ na rozwój tej nauki i rzeczywiście mogło stanowić podwaliny do bardziej sformalizowanego rozwoju, ale same początki tej dziedziny sięgają okresów dużo wcześniejszych.

Sama nazwa pneumatyka pochodzi z greckiego słowa pneuma, które tłumaczy się jako wiatr lub duch / dusza. Z powodu tego drugiego, dominującego tłumaczenia słowo to ma bardzo często religijno – spirytualne konotacje, ale oczywiście tego aspektu rozpatrywać nie zamierzam.

pneumatyka

Ludzie od wieków wykorzystywali moc sprężonego powietrza. Jednym z pierwszych zastosowań jest dmuchawka używana najprawdopodobniej już kilka tysięcy lat przed naszą erą przez myśliwych. Nie jest to może zbyt imponujący przykład użycia pneumatyki, ale w swoim działaniu dmuchawka wykorzystuje ciśnienie powietrza, a jego nagły wzrost powoduje wystrzelenie pocisku.

Około 3000 lat przed naszą erą ludzkość wykorzystywała skórzane miechy jako pomoc przy rozniecaniu ognia, które z czasem (1500 lat przed naszą erą) ewoluowały w większe urządzenia które miały swój znaczący udział w rozwoju metalurgii.

Pierwsze fundamenty naukowe stworzył słynny grecki matematyk, fizyk, filozof, konstruktor i wynalazca Heron z Aleksandrii. Gdzieś w połowie I wieku (choć może później – historycy wciąż spierają się o okres życia) naszej ery tworzył i konstruował maszyny napędzane sprężonym powietrzem, parą i wodą, które zaprezentował w jednym ze swoich dzieł, które zatytułował po po prostu „Pneumatyka” (Πνευματικά).

Do jego wynalazków z omawianego zakresu zalicza się między innymi pompę tłokową, która szybko została zaadaptowana przez rzymian i powszechnie wykorzystywana w rzymskim imperium, między innymi do gaszenia pożarów. Do innych jego wynalazków związanych z ciśnieniem możemy zaliczyć tzw. banię Herona, czyli swego rodzaju pierwowzór turbiny parowej, organy wiatrowe i samonapędzającą się fontannę zwaną fontanną Herona (co nie jest zaskoczeniem).

Trzeba przyznać, że pneumatyka sporo zawdzięcza Heronowi i jego pracom. Ale na kolejny etap rozwoju trzeba było czekać bardzo długo.

Zmianę przyniósł dopiero XVII wiek i wielki niemiecki wynalazca, konstruktor, a także polityk Otto von Guericke. W roku 1654 wynalazł on pompę próżniową, a w latach 1654 – 1657 przeprowadzał serię dramatycznych eksperymentów z wykorzystaniem sprężonego powietrza.

W trakcie jego eksperymentów różne obiekty były niszczone, miażdżone, pokonywały siłę kilku mężczyzn, podnosiły słup wody, gasiły płomienie itd. Najsłynniejszy z jego eksperymentów to próba rozerwania dwóch metalowych półkul zamykających przestrzeń z której zostało wyssane powietrze.

Okazało się, że potrzeba aż 16 koni, aby rozerwać te półkule. Dzięki swoim eksperymentom Otto von Guericke udowodnił istnienie próżni i wykazał, że to nie ona łączy obiekty, tylko to ciśnienie otoczenia spycha je ku sobie. Do jego zasług należy także udoskonalenie pompy tłokowej, a także wiele wynalazków z innych dziedzin.

Pierwsze urządzenie które można by ewentualnie nazwać sprężarką powstało prawie 100 lat po eksperymentach Ottona. Był to „dmuchający cylinder” wynaleziony przez inżyniera Johna Smeatona który wytwarzał ciśnienie rzędu 1 bara, a był napędzany kołem wodnym.

Ta konstrukcja została udoskonalona w 1776 roku przez angielskiego przemysłowca Johna Wilkinsona. Pierwszy prawdziwy kompresor opatentowano w roku 1829, był to model jednostopniowy o którym niewiele więcej wiadomo. Kolejnym krokiem było powstanie we Włoszech w 1857 roku pierwszych kompresorów chłodzonych wodą (z tzw. płaszczem wodnym), które zostały wykorzystane do napędzania pierwszego pneumatycznego wiertła, które pomogło przy przebijaniu tunelu przez Alpy (pod górą Cenis).

Ta nowatorska jak na tamte czasy technologia przykuła uwagę całego świata i zapoczątkowała przemysłowe wykorzystanie sprężonego powietrza. Rozpoczęło to prawdziwą rewolucję. Samuel Ingersoll w 1871 opatentował wiertarkę pneumatyczną.

Wkrótce, bo w 1888 roku Austriacki inżynier Viktor Popp założył pierwszą fabrykę w której zainstalowano sprężarkownię o mocy 1500 kW, która w przeciągu kilku lat zwiększyła dziesięciokrotnie swoją wydajność. W roku 1890 Charles Brady King opatentował kolejne narzędzie – młot pneumatyczny.

Wiek XIX przyniósł także ogromną popularność poczty pneumatycznej, której długie na kilometry sieci oplatały większe miasta, a która jest wykorzystywana do dzisiaj w dużych firmach, korporacjach czy sklepach wielkopowierzchniowych.

Dwudziesty wiek to prawdziwa eksplozja pneumatyki. Rozwój nowych typów kompresorów, instalacji pneumatycznych, dziesiątek urządzeń, narzędzi, systemów automatycznej kontroli i pneumatycznych urządzeń kontrolnych.

To jak ewoluowała i zmieniała się pneumatyka w XX wieku to temat tak rozbudowany, że z powodzeniem można poświęcić mu cały artykuł. Co postaram się wkrótce zrobić. Zapraszam do komentowania i ewentualnych pytań na które odpowiem w kolejnej części historii pneumatyki.

*Napisane dla moich przyjaciół z pomorza firmy Pneumatig.…

Moja pierwsza wyprawa

Dostałem ostatnio maila z prośbą o opublikowanie krótkiego opowiadania – pewnie wielu z Was powie co w tym nadzwyczajnego ale ten młody chłopiec przekonał mnie żebym opublikował to opowiadanie.

A jako, że póki co na swoim blogu mogę robić co chcę to właśnie zamieszczam przysłany tekst.

Mam na imię Dawid, lat 16

Ostatnio wybrałem się po raz pierwszy na ryby. Dokładnie namówił mnie na to kolega, który wędkuje od bardzo wielu lat. A że akurat nie miałem co robić to postanowiłem pójść z nim i spróbować.

Oczywiście nie zdecydowałem się na zakup swojego sprzętu. Nie wiedziałem przecież czy wędkowanie spodoba mi się na tyle, że będę chciał dalej je uprawiać. Kolega – Artur miał w domu dwie wędki, więc problem ze sprzętem rozwiązał się sam. Kupiliśmy przynęty i ruszyliśmy w kierunku pobliskiego stawu hodowlanego.

Wiem mało ambitne, ale jak na pierwszy raz to chyba dobre rozwiązanie. Gdy już dotarliśmy na miejsce rozpoczęliśmy rozkładanie sprzętu. Nie trwało to długo. Potem krótki instruktaż Artura jak trzymać wędkę i jak zarzucać, po czym przystąpiliśmy do wspólnego wędkowania.

O dziwo na pierwsze moje branie nie trzeba było długo czekać. Miałem je szybciej niż Artur. W końcu nic jednak z tego nie wyszło. Ryba puściła przynętę. Taka sama sytuacja miała miejsce jeszcze kilka razy zarówno u mnie jak i u Artura. Lekkie branie a później ryba zostawiała przynętę. Mijały kolejne godziny a ja, co raz bardziej zniechęcałem się do wędkowania. Zaczynała po prostu wkradać się nuda. Nagle jednak coś drgnęło. Chyba przyszedł czas karmienia, przez co ryby zaczęły chętniej sięgać po przynętę. Najpierw dość pokaźnego suma wyciągnął Artur a później ja. Humor od razu się poprawił. Był w końcu efekt, który z resztą trwał jeszcze dłużej.

Co jakiś czas udawało nam się trafić ciekawy okaz, który jednak zgodnie z obietnicą daną właścicielowi stawu wypuszczaliśmy z powrotem do wody. Wędkowaliśmy dla sportu a nie ryb. W między czasie nad wodą zjedliśmy przygotowane wcześniej kanapki oraz wypiliśmy przygotowaną w termosie kawę. Było już daleko popołudniu, kiedy skończyliśmy wędkować i udaliśmy się do swoich domów, aby odpocząć przed wieczornym wypadem na miasto.

Łowienie ryb było bardzo fajnym przeżyciem. Podczas tych paru godzin bardzo mocno się wyciszyłem i przy okazji uporządkowałem myśli. Na razie nie jest to moje hobby, któremu mógłbym poświęcić każdą wolną chwilę. Na pewno jednak jeszcze nie raz pójdę wędkować.

Pozdrawiam i obiecuję, że zdam relację z kolejnych wypadów.

Nie wiem co Wy na to ale jak sobie przypominam swoje pierwsze kroki to w sumie chciałbym osiągać takie wyniki – zatem brawo Dawidzie i oby tak dalej, nie zniechęcaj się bo jeszcze przed Tobą wiele przyjemności.

Polak potrafi – pomysły kłusowników

Dzisiaj króciutko o tym co znalazłem w ostatnim czasie u innych i postanowiłem podzielić się tym również u siebie, pewnie głównie dlatego, żeby jak najbardziej popularyzować takie informacje. Ponieważ kłusownictwo zawsze mnie doprowadzało do pasji to dzisiaj kilka słów właśnie o nim.

Otóż znalazłem taki oto wpis: „Kłusowali łodzią podwodną na jeziorze Błędno” – to już jest naprawdę szczyt. Najgorsze w mojej i jak rozmawiam z kolegami nie tylko w mojej opinii jest to, że w narodzie panuje powszechne przyzwolenie na tego typu zachowania. Mało tego, jestem głęboko przekonany, że w swoim otoczeniu, „Pcimiu Dolnym” czy skąd tam pochodzą Ci „panowie” uchodzą za wielce pomysłowych i zaradnych życiowo ludzi. To akurat ma zastosowanie również w innych dziedzinach życia, ale przecież nie o tym jest ten wpis.

Generalnie chciałbym popularyzować tego typu informacje i wywołać tym samym jak największą dyskusję, może dzięki temu moje wnuki dożyją lepszych czasów – czego sobie i Wam życzę.

Kalendarz brań i jego skuteczność

W dzisiejszym wpisie chciałbym poruszyć kwestię wędkarskiego kalendarza brań.

Widzę, że na blogu pojawia się coraz więcej czytelników i chciałbym wywołać dyskusję na temat kalendarza brań, czy korzystacie, czy wierzycie w jego skuteczność, jeśli tak to może podzielicie się z jakiego źródła czerpiecie informacje. A może tworzycie własne kalendarze brań ryb.

Ja za siebie odpowiem, że mam bardzo sceptyczne podejście do tego tematu. Być może spowodowane jest to tym, że jakoś nie trafiałem jak dotąd na taki kalendarz, który miałby swoje odzwierciedlenie nad wodą.Nie podważam tym samym sensowności istnienia kalendarzy tylko jakość tych, z którymi się zetknąłem.

Wierzę jednak, że są czynniki wpływające pozytywnie na brania ryb, na pewno więc daje się opracować coś w rodzaju pewnego schematu. Wymaga to jednak ogromnego doświadczenia i ja póki co nie podjąłbym się takiego zadania.

Niemniej uważam, że opracowywanie kalendarza na miesiąc do przodu jest teorią mocno naciąganą, zaznaczam przy tym, że jest to wyłącznie moja subiektywna opinia.

Chętnie poznam opinie innych wędkarzy i wymienię się doświadczeniami.

Zapraszam więc do komentowania i dyskusji.

Metoda odległościowa i moje z nią początki

Pod koniec ubiegłego tygodnia popełniłem wpis pt „moje ABC odległościówki”, opisałem w nim co przygotowałem i jakie miałem plany.

Dzisiaj opowiem co z tych planów wyszło i jak sprawdziła się metoda odległościowa nad wodą a raczej jak ja się sprawdziłem w tej metodzie.

Na początek potraktuję o tym, że wróciłem na tarczy i cieszę się, że miałem ze sobą mydło

Nie udało mi się bowiem przechytrzyć ani jednej ryby, a brań miałem całe jedno, ale i tak w naszym hobby się zdarza i myślę, że każdy choć raz doświadczył takiej sytuacji.

Co do odległościówki jako metody i trudności na jakie byłem nastawiany wędkując w ten sposób to powiem tak – jestem mile zaskoczony.

Wędkowałem przy użyciu wagglera 4+4g, zatem niezbyt „ciężkiego” a mimo to swoboda rzutów i odległość możliwa do osiągnięcia wręcz niebywała. Bez trudu można taki zestaw posłać na 30 metrów nie wysilając się zbytnio. Muszę w tym miejscu przyznać, że stoper nitkowy, o którym pisałem w poprzednim wpisie sprawdził się rewelacyjnie. Warto się było z nim troszkę pomęczyć przy mocowaniu go na żyłce.

Co do samej żyłki to muszę przyznać, że moje obawy o to w jakim będzie stanie po usunięciu tego stopera okazały się niezasadne, nie poskręcała się ani też nie dostrzegłem nic niepokojącego więc kamień z serca.

Wygodnym również okazał się przelotowy karabińczyk służący do szybkiej wymiany spławika, wprawdzie nie miałem szczególnej potrzeby wymieniać spławiki ale skoro już uzbroiłem zestaw w to mini urządzenie, nie mogłem odmówić sobie sprawdzenia czy jest skuteczne.

Zbliżając się „do brzegu” muszę powiedzieć, że metoda angielska, odległościówka czy jak ją jeszcze nazwiemy okazała się dla mnie bardzo sympatyczna. Z pewnością będę doszlifowywał łowienie tą metodą bo przecież nie uzyskałem jeszcze wyników, dzięki którym mógłbym powiedzieć że jestem bardzo usatysfakcjonowany.

Natomiast gdyby wyłączyć brak sukcesów w przeprowadzonej próbie to sama metoda odległościowa jest bardzo fajną rozrywką i jak to się zwykle okazało – nie taki diabeł straszny.

Wpływ wiatru na brania ryb

Jakże przyjemnie jest siedzieć nad brzegiem jeziora w piękny, słoneczny dzień. Pogoda przyjazna człowiekowi nie zawsze wiąże się jednak z udanymi połowami. Wprawdzie nikt w stu procentach nie potrafił jeszcze zbadać tego zjawiska, ale nieco bardziej dokładne obserwacje pozwalają dostrzec wpływ wiatru na zachowanie ryb. Pozytywny czy negatywny?

Wielu wędkarzy uważa, że niespokojna tafla wody sprzyja udanym połowom. Szczególnie wrażliwe na wiatr, a właściwie jego skutki, są leszcze. Oczywiście to tylko subiektywne doznania i nie jest to teoria potwierdzona, ale wielokrotnie na zawodach zawodnicy zaobserwowali taką zależność.

Duże znaczenie na branie ma kierunek wiatru. Według wielu opinii, najkorzystniejszy jest wiatr wiejący w kierunku brzegu. Oczywiście nie pod względem komfortu wędkowania. Ryby doskonale wyczuwają fale odbijające się od brzegu. Woda „zabiera” wtedy wszelkie organizmy i rośliny z pobliskich kamieni, drzew itd.. To sygnał do żerowania, a tym samym okazja dla nas na złapanie ładnego okazu.

Wszystkie teorie są tylko subiektywnymi odczuciami wędkarzy i potrzebnych jest więcej opinii na temat wpływu wiatru na branie. Jeśli macie jakieś informacje na ten temat – podzielcie się.

Okoń – nowy rekord Polski

Dzisiaj postanowiłem skorzystać z informacji znalezionych w sieci. Wiem, że niektórzy z Was rozpoczęli już sezon wędkarski i nie czekają z łowieniem tak długo jak ja. Po prostu mają znacznie więcej czasu ode mnie.

Prawie do płaczu a na pewno do wielkiego żalu doprowadził mnie ostatnio kolega z pracy, który postanowiłem poświęcić cały ostatni weekend na oddanie się swojej pasji. Ja w tym czasie byłem z żoną na zakupach w hipermarkecie, super.

Dlatego jedyne, co mogłem zrobić to poszukać nowych informacji w internecie. I tu małe zaskoczenie. Albowiem coś, co mnie zawsze nurtowało, czyli oficjalne rekordy (zawsze chciałem jakiś pobić) jak się okazało są na wyciągnięcie ręki. Dokładniej jeden z nich, który obecnie przeszedł już do historii.

Mianowicie chodzi o okonia, do którego nigdy jakoś nie pałałem miłością. Pewnie dlatego, że zawsze kiedy wybierałem się w miejsca gdzie jego łowienie miało być szybkie, proste i przyjemne nigdy nie udało mi się złowić ani jednej sztuki. W dodatku wszystkie złowione przeze mnie ryby z tego gatunku można by było zaliczyć co najwyżej do średnich. Z resztą po tym, co przeczytałem to chyba nie tylko ja miałem takie problemy.

Na pobicie rekordu okonia trzeba było, bowiem czekać dwadzieścia pięć lat. Zmiana nadeszła osiemnastego lutego, kiedy to łowiący od najmłodszych lat pan Grzegorz Wieczorek z Gryfina w swoim rodzinnym mieście złowił okonia ważącego 2, 69 kg i mierzącego 50 cm (serdeczne gratulacje).  Szczerze mówiąc podobnych nawet nie widziałem na oczy. Muszę, bowiem otwarcie przyznać, że okonie nie są moją mocną stroną z resztą jak wcześniej wspomniałem.

Dlatego, też jestem pod wielkim wrażeniem tego wyczynu. Mam nadzieję, że w najbliższym czasie bite będą kolejne rekordy. Dzięki temu wyczynowi otrzymałem, bowiem bardzo dużą mobilizację do rozpoczęcia sezonu wędkarskiego w moim wykonaniu. Obecnie robię wszystko, kombinuję jak mogę, aby doszło do tego najszybciej jak tylko to możliwe. Oby ten czas nastał jak najszybciej.…

Kalendarz brań i jego skuteczność

W dzisiejszym wpisie chciałbym poruszyć kwestię wędkarskiego kalendarza brań.

Widzę, że na blogu pojawia się coraz więcej czytelników i chciałbym wywołać dyskusję na temat kalendarza brań, czy korzystacie, czy wierzycie w jego skuteczność, jeśli tak to może podzielicie się z jakiego źródła czerpiecie informacje. A może tworzycie własne kalendarze brań ryb.

Ja za siebie odpowiem, że mam bardzo sceptyczne podejście do tego tematu. Być może spowodowane jest to tym, że jakoś nie trafiałem jak dotąd na taki kalendarz, który miałby swoje odzwierciedlenie nad wodą.Nie podważam tym samym sensowności istnienia kalendarzy tylko jakość tych, z którymi się zetknąłem.

Wierzę jednak, że są czynniki wpływające pozytywnie na brania ryb, na pewno więc daje się opracować coś w rodzaju pewnego schematu. Wymaga to jednak ogromnego doświadczenia i ja póki co nie podjąłbym się takiego zadania.

Niemniej uważam, że opracowywanie kalendarza na miesiąc do przodu jest teorią mocno naciąganą, zaznaczam przy tym, że jest to wyłącznie moja subiektywna opinia.

Chętnie poznam opinie innych wędkarzy i wymienię się doświadczeniami.

Zapraszam więc do komentowania i dyskusji.